:: WIRTUALNI OPIKUNOWIE KSIĘCIA W REALU - czyli z wizytą na salonach Księcia 8.03.2010

 

 

 

WIRTUALNI OPIKUNOWIE KSIĘCIA W REALU

Z wizytą na salonach Księcia...        

 

Niedzielne popołudnie 7 marca postanowiliśmy spędzić w szczególny sposób - odwiedzając tych, którzy są dla nas ważni. Rolę wirtualnych opiekunów od początku chcieliśmy potraktować szerzej, nie tylko przez pryzmat (tak potrzebnych) comiesięcznych „cegiełek". Decydując się na taką formę adopcji, zamierzaliśmy również w inny sposób zainteresować się losem „wybrańca" - poznać jego czasowych właścicieli oraz przynajmniej raz na jakiś czas złożyć czworonogowi niespodziewaną wizytę. Kto z nas nie lubi w końcu niespodzianek :) ?

Nasza przygoda z ówczesnym „Łysem Księciem" zaczęła się od listopada. Przeczytaliśmy wówczas jego historię, przedstawioną za pośrednictwem mediów przez Panią Anię. Zobaczyliśmy także zdjęcia psa. Wiedzieliśmy, że zaraz po interwencji u pierwotnych „pseudo-właścicieli" trafił do kojca TOZ-u. Jednocześnie, musieliśmy zdać sobie sprawę, że nie mamy, póki co, warunków, aby podarować mu tego, co najcenniejsze - stałego domu... Oboje czuliśmy, że nie możemy także nie zrobić nic..., więc kilka dni później, korzystając z zaproszenia wolontariuszy, odwiedziliśmy pieska przy Al. Wojska Polskiego.

Prince przywitał nas tak, jak wita do dziś większość swoich gości - z radością w wesołych oczkach, tuląc się i merdając ogonem. Nie wyobrażaliśmy sobie wcześniej, w jaki sposób funkcjonuje TOZ, dlatego sporym zaskoczeniem i przyjemnością była dla nas możliwość spaceru z czworonogiem po Lasku Arkońskim. Książę nie miał wówczas za dużo sierści, również po ranach pozostawał jeszcze, niestety, ślad. Nie zrażało nas to, iż jego wygląd przykuwał wzrok innych ludzi. Wszystko rekompensował sam Prince i jego pogodne usposobienie. Piesek w lesie czuł się jak ryba w wodzie - biegał, bawił się z nami kijkiem, skakał na nas w geście radości..., szczekaniem wesoło zachęcając do swawoli... Najbardziej właśnie rzucał się w oczy jeden fakt - nie było widać po nim śladu tego, co przeszedł, tego jak dawniej został potraktowany. Pozostał nadal ciepłym, niezrażonym do ludzi pieskiem o bardzo pogodnym temperamencie.

 

Minęło kilka miesięcy... Wspomnienie o Księciu pozostało. Z zaciekawieniem przeglądnęliśmy Internet, aby poznać jego dalsze losy. Jako pierwsze ukazało się w wyszukiwarce zdjęcie dużego psa z czarnymi, pięknymi włosami. To nie ten - pomyśleliśmy... Po przeczytaniu dołączonej informacji, do oczu cisnęły się już tylko łzy. Okazało się, że ten sam „Łysy Książę", którego wyprowadzaliśmy w listopadzie, dzięki pomocy opiekunów z TOZ-u, zmienił się nie do poznania... Wyglądał już na poważnego, zadbanego psiaka. Skorzystaliśmy z możliwości wirtualnej adopcji, o której dowiedzieliśmy się, przeglądając stronę internetową organizacji.

Po kilku dniach umówiliśmy się na spotkanie z Martą - wolontariuszką, która obecnie zajmuje się czworonogiem. Ujrzeliśmy w mieszkaniu odmienionego fizycznie psiaka, którego zachowanie jednak niewiele odbiegało od listopadowego. Trzeba zdać sobie sprawę, że Prince tak naprawdę nie zmienił się nigdy... Zawsze był pełen żywiołowości, ruchu, chętny do zabawy i pieszczot. Myślę, że ma rację Marta, mówiąc, że „jego psychika jest mocniejsza niż nas wszystkich razem wziętych". Patrząc na Księcia w ogóle nie widać po Nim koszmaru przeszłości...

Udaliśmy się z Prince-m do pobliskiego lasku. Piesek dalej jest w świetnej kondycji - mógłby spacerować na świeżym powietrzu całymi dniami. Ma mnóstwo siły i jak większość czworonogów nie stroi od smakołyków. Wystarczało podnieść kijek, a Prince już był gotowy do wyścigu po zdobycz :). Książę, umie już wykonywać podstawowe komendy, lecz cierpliwości nie starcza mu na długo - wciąż chce biegać i biegać :). Dzisiaj nawet po ponad godzinnym spacerze nie wyglądał na zmęczonego - „uciekając" przed Nim z patykiem sam zaliczyłem przysłowiową „glebę" :). Piesek w czasie zabaw nie dawał się doścignąć, ale gdy wracaliśmy z lasku - nie było problemu, aby dał sobie zapiąć smycz. Zdobycz z całej naszej wyprawy postanowił nawet zabrać do domu, ale „kwestie techniczne" spowodowały, iż badyl musi poczekać na balkonie do następnego spaceru z Martą...

Tak minęło nam niedzielne popołudnie, sprawiając dużo uciechy i radości... Dziękujemy Marcie za serdeczne i ciepłe przyjęcie oraz miłą rozmowę... Miejmy nadzieję, że Prince szybko znajdzie dom na stałe.

 

Janek Skolimowski & Bogusia Kowalewska

 

 

AKTUALNOŚCI | Pokaż link strony | Cofnij | TOP